I znów jestem na granicy, kiedy wszystko jest takie
nierealne i ja jestem nierealna i boli tak bardzo, i mam wrażenie że zaraz nie
wytrzymam i zwariuję naprawdę, mocno i ostatecznie, i boję się tego, ale
przynajmniej nie musiałabym żyć.
Wszystko mnie wkurza, nawet piosenka w głowie mnie
wkurza, a folder z naszymi piosenkami omijam od dawna wzrokiem, jak kiedyś jego
oczy. Boże nie dam rady co ja mam zrobić chcę się odurzyć zawroty głowy słabość
mięśni i nie czuć tego bólu.
Chcę żeby bolało, żeby mnie coś bardzo bolało, fizycznie
bolało, bo może to mnie wyrwie z amoku albo odwróci uwagę od straszniejszego
bólu w środku.
Może muszę po prostu udawać życie, grać. Uśmiechnij się,
uśmiechnij się tak jak wtedy, gdy byłaś szczęśliwa… ale to nie jest dobre
wspomnienie, nawet najszczęśliwszy okres w moim życiu, czy ja mam jakieś dobre
wspomnienia…?
Zawsze, gdy już się wszystko zaczyna we mnie układać, wszystko
się jebie. Jestem szczęśliwa, albo przynajmniej nie nieszczęśliwa, nie pamiętam
kiedy ostatni raz płakałam, a potem powoli, lekkie poczucie bezsensu nadchodzi,
opieram się mu i żyję, ale ono jest za silne, ta melancholia jest zbyt silna i
zbyt kusząca, i padam w jej objęcia, i potem nie jestem w stanie nic robić,
stoję bez sensu przez lustrem i patrzę sobie w oczy, a rozmazany makijaż tak
nienaturalnie wygląda na mojej twarzy.
Czy ja zwariowałam?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz