23 sierpnia 2013

lunacy

Czasem przypominam sobie uczucia, emocje. Jak to było, upić się czyjąś obecnością. Czyjąś bliskością. Czuć ciepło jego ciała, jego zapach. Wtedy byłam tak pewna. Niepewna siebie, pewna jego. Zawsze pewna kogoś, nigdy siebie. Aż do teraz. Przerażająco jest nie być pewnym innej osoby. Ekscytująco. Ale strasznie.
Ale to nieważne. To wszystko nie ważne, nie mam siły na to. Całą energię wkładam w walkę z sobą. Bo każdego dnia, każdej godziny, jestem unicestwiana od środka. Każdej godziny czuję to zmieszanie w środku. Jak morze przed sztormem. Aż nadchodzi fala, której nie jestem w stanie się oprzeć. Która zalewa mnie tak, że tracę zmysły. Miotam się, psychicznie i fizycznie, i czuję, jak umieram.
Już prawie zapomniałam, jak silny może być sztorm. Aż tu nagle – 10 w skali Beauforta.
I tylko czekam, aż przyjdzie jakieś tsunami, które zniszczy wszystko, co przez te 20 lat stanowiło mnie. Czekam na to tak usilnie, że aż tego chcę. Ale to nigdy nie nadchodzi… więc wariuję z oczekiwania.
I chciałabym tylko, żeby nadeszły te przerażające, zimowe wieczory, pustka, ciemno, świeczki, drinki i niebezpieczne schronienie pod grubym kocem.
Widzicie, tu nie ma tu miejsca dla nikogo innego.

1 komentarz:

  1. utkwiłem na Twoim innym blogu i dziś dopiero trafiłem tu, widzisz? trafiłem, jednak jest miejsce:) ładnie piszesz

    OdpowiedzUsuń