12 października 2013

nic i cokolwiek

Deszczowy dzień coś we mnie wyzwolił.
Zawsze byłam „sprzężona” z pogodą. Ale to… to przesada.
Lubię deszcz. Lubię go, ale głównie latem. Albo gdy siedzę w suchym, ciepłym domu. Albo gdy mam samochód.
Na pewno nie stojąc na przystanku i marznąc. Smutne twarze ludzi upchniętych w starym, skrzypiącym pojeździe, zaparowane od ich oddechów szyby. Ukłucie zimna w palce od stóp. Komunikacyjna masakra, zimno, mokro, źle.
Do tego parę innych rzeczy, mniej lub bardziej poważnych. I nim się obejrzę, nie mogę powstrzymać łez, rozmawiając z mamą przez telefon – mówię o normalnych rzeczach, a głos mi się trzęsie i nie mam pojęcia, dlaczego. Mama kończy rozmowę szorstkim głosem, a ja nigdy w życiu nie czułam się tak samotna.
Płakałam dwa dni mając takie myśli, że bałam się siebie. Choć nie ufam sobie – co chwilę coś innego, a ja nie wiem, co jest prawdą. Jak my możemy żyć, ludzie, zamknięci w swojej głowie bez krzty obiektywizmu? Chociaż może wam jest łatwiej, może wy zasięgacie opinii innych. Ja – nie.
Jestem taka zmęczona. I ciągle mi zimno. I czasem się po prostu wyłączam, już nie walczę, już nie próbuję normalne żyć. Tylko się wyłączam i siedzę w autobusie, kołysząc się w jego rytm, jak na falach.
I czasem jest mi tak nierealnie. Wszystko mnie dotyka i doprowadza do płaczu, ale to nie dotyka mnie jako mnie, to dotyka tej skorupy mnie, bo inaczej bym zwariowała. I nic mnie nie obchodzi. I boję się poruszyć, bo czuję wtedy, jak porusza się też coś w środku mnie, i to boli.
I wciąż zadaję sobie pytanie – dlaczego? Dlaczego patrzę w lustro i siebie nie poznaję, te smutne oczy… Dlaczego? Przecież było dobrze. Było mi dobrze… było mi nijako. Więc dlaczego nagle znajduję się na samym dnie piekła?
Czasem myślę, że powinnam umrzeć. Zabić się. Mam okresy depresyjne i dobre, w tych dobrych czasem mam racjonalną świadomość, że może nie powinnam żyć, tylko po prostu rozpaczliwie i wesoło chcę, a w tych depresyjnych… cóż, też chcę, ale jakoś mniej. Łatwiej by było z tego zrezygnować… co nie zmienia faktu, że nigdy tego nie zrobię. Nigdy. Bo jestem człowiekiem i nie rządzi mną umysł, a emocje, uczucia. A nade wszystko – strach. Bo jesteśmy zwierzętami i robimy wszystko, by przetrwać. Szczególnie my, „obdarzeni” świadomością, boimy się śmierci.
Poza tym, tyle gówna przeszłam w życiu, że głupotą byłoby teraz się poddać. Zresztą… istnienie jest darem, jest wspaniałe. To, że mogę być i… po prostu być, samo to. Bo mogłoby nie być nic. Nic jest sto razy gorsze niż coś, cokolwiek (chyba nie jest ze mną jeszcze tak źle, skoro tak myślę). Poza tym wszystkim – nie wierzę w życie pozagrobowe, choć czasem bym chciała, bo tak by było łatwiej żyć. Ale zmierzam do tego, że… całkowita pustka jest dużo bardziej przerażająca niż cokolwiek innego.
A gdy gorszy okres minie – a minie, zawsze mija – to cokolwiek innego przyniesie mi radość, choćby chwilową.

4 komentarze:

  1. kocham deszcz. wyzwala we mnie tak silne emocje....

    może mnie się wydaje, może mam obsesję, bo sama siedzę w tym po uszy, ale kurwa, trochę tu za bardzo depresyjnie, trochę za bardzo przesiąknęłaś smutkiem. to jest jak alarm w mojej głowie. uciekaj od tego chujstwa nim Cię pochłonie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przesiąknęłam tym smutkiem, bo chyba taka już jestem, tak już mam czasami. Depresyjnie. Czasem krócej, czasem dłużej. Ale przejdzie mi, mi to przechodzi.

      Usuń
    2. widocznie taka osobowośc ;* skłonna do przygnębień, wrażliwa duszyczka :) i oby na tym zaprzestało.

      Usuń
  2. Przygnębiający ten Twój wpis :( Dobrze, że cenisz sobie życie jako wartość, wierzę, że ono jakoś Ci się za to odpłaci, pozytywnie :)

    OdpowiedzUsuń