21 października 2013

strach

Żyję. Próbuję.
Cieszę się robieniem notatek, słuchaniem radia, jazdą samochodem, słońcem za oknem i towarzystwem kogoś obok. Ale jest coraz ciężej.
Bo ciągle myślę o tym, co w środku mnie, ciągle myślę o tym, że za parę dni czy tygodni wszystko może być inaczej, może być strasznie i bez sensu, więc czy cokolwiek, co robię teraz, ma jakiś sens...?
Poddaję się. Zawsze żyłam przyszłością; nie umiem żyć teraźniejszością...
Coraz częściej nie daję rady, coraz częściej wyolbrzymiam, a może wcale nie, nie dowiem się, bo mam tylko jeden zagmatwany punkt widzenia.
Wieczorem zasypiam i wyobrażam sobie, jak rano ktoś znajduje moje zimne ciało.
Czasem płaczę, ale częściej czuję tylko to coś okropnego w środku. Chyba lęk. Nie, już nie lęk. Strach, prawdziwy, paraliżujący strach.
A najbardziej na świecie, od zawsze i pewnie na zawsze, boję się śmierci. Wbijam sobie paznokcie w ciało prawie do krwi, przygryzam mocno szczoteczkę do zębów, gryzę kołdrę do bólu zębów, gdy pomyślę o tym, że kiedyś nic nie będzie... NIC.
Wszystko jest takie chwiejne.

1 komentarz: