26 września 2013

na drodze umieram z rozkoszy

Przez ostatnie parę dni moje życie jest wyznaczane przez kierownicę w dłoniach, kluczyk w stacyjce, szum opon na asfalcie i nadal, po tylu tysiącach przejechanych kilometrów, ten dreszczyk emocji wywołany przez drogę przede mną, drzewa po bokach, zakręty, pomruk silnika, zapach paliwa na dłoniach.
Czujność, ale swoboda. Poczucie kontroli i zaufanie samej sobie – nigdy nie sądziłam, że to pierwsze mi się spodoba, a to drugie będzie możliwe…
A w samochodzie wszystko wydaje się takie uporządkowane, takie na swoim miejscu. Więc i łatwiej uporządkować myśli. Albo po prostu jechać, interioryzując to, co za szybami. Albo dać upust emocjom, uwalniając trochę adrenaliny.
Tak bardzo kocham tłoczne, szerokie krajowe drogi, na których nie lubię być sama, oraz te wąskie, dziurawe i cholernie kręte, powiatowe, obrośnięte drzewami i bez narysowanych linii, gdzie lubię samotność, gdzie lubię jechać środkiem drogi i ścinać zakręty całą jej szerokością. Czuję się wtedy jak królowa drogi i nie lubię z nikim tego dzielić…
Tak mało trzeba. Tak mało zwyczajnych rzeczy, żeby poczuć życie. Wystarczy trochę czasu za kierownicą, wystarczy zwyczajny powiew wiatru na szyi, wystarczy uczucie zimna, wystarczy dreszcz, gdy pociąg wjeżdża na tor, przywożąc ze sobą głośny pisk hamulców i charakterystyczny zapach, wystarczy łyk herbaty po męczącym dniu. Wystarczą małe rzeczy – bo gdy zdasz sobie sprawę, ze mogłoby ich nie być, to czujesz się… może nie szczęśliwa, ale naprawdę żywa.
Tylko potem kładę się wieczorem do łóżka i zasypiam, a zasypiając, budzę się gwałtownie z przerażeniem, bo zapadając się stopniowo w sen czuję się, jakbym powoli znikała…

1 komentarz:

  1. Pięknie napisane... Cieszę się, że dostrzegasz takie małe rzeczy. Oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń