Przez ostatnie parę dni moje życie jest wyznaczane przez
kierownicę w dłoniach, kluczyk w stacyjce, szum opon na asfalcie i nadal, po
tylu tysiącach przejechanych kilometrów, ten dreszczyk emocji wywołany przez
drogę przede mną, drzewa po bokach, zakręty, pomruk silnika, zapach paliwa na
dłoniach.
Czujność, ale swoboda. Poczucie kontroli i zaufanie samej
sobie – nigdy nie sądziłam, że to pierwsze mi się spodoba, a to drugie będzie
możliwe…
A w samochodzie wszystko wydaje się takie uporządkowane,
takie na swoim miejscu. Więc i łatwiej uporządkować myśli. Albo po prostu
jechać, interioryzując to, co za szybami. Albo dać upust emocjom, uwalniając
trochę adrenaliny.
Tak bardzo kocham tłoczne, szerokie krajowe drogi, na
których nie lubię być sama, oraz te wąskie, dziurawe i cholernie kręte,
powiatowe, obrośnięte drzewami i bez narysowanych linii, gdzie lubię samotność,
gdzie lubię jechać środkiem drogi i ścinać zakręty całą jej szerokością. Czuję
się wtedy jak królowa drogi i nie lubię z nikim tego dzielić…
Tak mało trzeba. Tak mało zwyczajnych rzeczy, żeby poczuć
życie. Wystarczy trochę czasu za kierownicą, wystarczy zwyczajny powiew wiatru
na szyi, wystarczy uczucie zimna, wystarczy dreszcz, gdy pociąg wjeżdża na tor,
przywożąc ze sobą głośny pisk hamulców i charakterystyczny zapach, wystarczy
łyk herbaty po męczącym dniu. Wystarczą małe rzeczy – bo gdy zdasz sobie
sprawę, ze mogłoby ich nie być, to czujesz się… może nie szczęśliwa, ale naprawdę
żywa.
Tylko potem kładę się wieczorem do łóżka i zasypiam, a zasypiając,
budzę się gwałtownie z przerażeniem, bo zapadając się stopniowo w sen czuję
się, jakbym powoli znikała…
Pięknie napisane... Cieszę się, że dostrzegasz takie małe rzeczy. Oby tak dalej!
OdpowiedzUsuń