W takich chwilach myślę sobie: teraz mogłabym umrzeć.
Bo jest mi wszystko jedno, nie miotałabym się więc w
strachu przed nicością, rozpaczliwie pragnąc zaczerpnąć jeszcze choć jednego
oddechu – bo po co, bo przecież i tak za parę sekund umrę, jak każdy z nas.
Ale łaska nie nadchodzi, czas mija, kokon się rozpada, a
ja szepczę: do następnego...
Spróbuj ponazywać tę "nicość", po kawałeczku oswajać. Zranione zwierzę też w końcu wychodzi z ukrycia. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuń