I lubię mój stancyjny pokój. W domu mam dużą pustkę i
ciemność za oknem, tu jest przytulnie i nawet w nocy jasno. I głośno. Lubię co
15 minut czuć rezonans w czaszce, gdy przejeżdża tramwaj. Lubię, gdy parę razy
dziennie jedzie coś za sygnale, a bez ustanku przepływa rzeka pojazdów
rozpędzonych na dziurawej drodze. Lubię słyszeć ludzkie głosy za oknem albo
wyglądać przez nie i zawsze widzieć coś ciekawego – sąsiadów pogrążonych w
rozmowie, robotników w oddali, kogoś przechadzającego się z psem, koty na
maskach samochodów...
Ale głosy za oknem przypominają mi coś, coś złego.
Ale wtedy było lato. Głosy dzieci za oknem, ptaki
śpiewają, słychać szum z ulicy, letnia sielanka. Ale nie dla mnie. „Już nigdy
nie zobaczę słońca”, pomyślałam. Kiedy to się skończy, niech to się skończy.
Niech już będzie ciemność.
A kiedyś – ja wtulona w jego pierś, w tańcu uśmiechająca
się do niego, myśląc, że to jest właśnie ten jedyny, a moje usta przy jego uchu.
Jego dłonie na pasku mojej sukienki, oddech na szyi,
delikatne wargi – moje ręce zaciśnięte mocno w pięści.
Jego błagalny wzrok i moje milczenie.
Czemu to robisz bo
cię nienawidzę.
Jak może nienawidzić mnie za nic, gdy ja nie nienawidzę
go za wszystko?
Kochać, nienawidzić, lubić. To takie skomplikowane.
kolejny powód żeby
cię lubić.
Ale lubić to za mało. Za mało gładzić z troską mój
policzek i robić mi kanapki. Uśmiechać się jak do niesfornego dziecka. Za mało.
W ogóle jakaś wyzuta ostatnio jestem. Ciągle tylko śpię,
jak nie śpię to myślę o spaniu,
serce mi dudni, wszystko mnie boli, jakoś mi źle i pusto w środku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz