6 stycznia 2013

new year, new life... new blog.

Nowy rok, nowy początek, nowa nadzieja. A ja już nienawidzę 2013.
Noc. Ulica z rozśpiewanym tłumem. Fajerwerki. Śmiech. Zawroty głowy. Wszystko za zasłoną szumu w głowie i euforii. Uczucie, które można nazwać szczęściem.
A wraz z wybiciem północy (mniej więcej) moja nadzieja umarła. Większość moich nadziei. I od tamtego czasu, od początku roku 2013, moim jedynym marzeniem jest nie czuć przez chwilę wewnętrznej, męczącej mnie pustki i wielkiego „nie wiem” w środku. I znów móc zasnąć i nie rozwiązywać krzyżówek o 5 nad ranem.
Dotyk jej troskliwej dłoni, jej głos, jej fioletowa grzywka, fioletowa sukienka i fioletowe szpilki. Jej nagie obojczyki mocno przebijające się przez skórę. Ona w kuchni, trzymająca w dłoni papierosa i drinka. Ona na przystanku o 6 rano, otulona zbyt dużym kożuchem, znów z fajką w dłoni, z tak bardzo zmęczonymi oczami, niewiarygodnie piękna.
A dwa lata temu było zupełnie inaczej. Ludzie, których myślałam, że będę mogła nazywać przyjaciółmi. Śmiech. Pocałunki. Prawdziwe szczęście. Bliskość, żar. Słowo „kocham” na końcu języka, lecz nigdy nie wyszeptane do jego ucha.
Tak wiele może się zmienić w 2 lata. Tak cholernie wiele.
Już nienawidzę roku 2013. Ale naprawdę mało rzeczy byłoby w stanie przebić 2011, najgorszy rok w moim życiu.
Ten rok będzie dobry, uczynię go dobrym. A przynajmniej się postaram. Nie tylko rzeczy się zmieniają, ale ja też się zmieniłam – na lepsze. Tak sądzę. Chyba jestem silniejsza. Bardziej pewna siebie. Bardziej optymistyczna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz