Noc. Ulica z rozśpiewanym tłumem. Fajerwerki. Śmiech. Zawroty
głowy. Wszystko za zasłoną szumu w głowie i euforii. Uczucie, które można nazwać
szczęściem.
A wraz z wybiciem północy (mniej więcej) moja nadzieja
umarła. Większość moich nadziei. I od tamtego czasu, od początku roku
2013, moim jedynym marzeniem jest nie czuć przez chwilę wewnętrznej,
męczącej mnie pustki i wielkiego „nie
wiem” w środku. I znów móc zasnąć i nie rozwiązywać krzyżówek o 5 nad
ranem.
Dotyk jej troskliwej dłoni, jej głos, jej fioletowa
grzywka, fioletowa sukienka i fioletowe szpilki. Jej nagie obojczyki mocno
przebijające się przez skórę. Ona w kuchni, trzymająca w dłoni papierosa i
drinka. Ona na przystanku o 6 rano, otulona zbyt dużym kożuchem, znów z fajką w
dłoni, z tak bardzo zmęczonymi oczami, niewiarygodnie piękna.
A dwa lata temu było zupełnie inaczej. Ludzie, których
myślałam, że będę mogła nazywać przyjaciółmi. Śmiech. Pocałunki. Prawdziwe
szczęście. Bliskość, żar. Słowo „kocham” na końcu języka, lecz nigdy nie
wyszeptane do jego ucha.
Tak wiele może się zmienić w 2 lata. Tak cholernie wiele.
Już nienawidzę roku 2013. Ale naprawdę mało
rzeczy byłoby w stanie przebić 2011, najgorszy rok w moim życiu.
Ten rok będzie dobry, uczynię go dobrym. A
przynajmniej się postaram. Nie tylko rzeczy się zmieniają, ale ja też się
zmieniłam – na lepsze. Tak sądzę. Chyba jestem silniejsza. Bardziej pewna
siebie. Bardziej optymistyczna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz