17 stycznia 2013

"remember the good times; remember the bad times."

Już zapomniałam. Już doszłam do siebie, a teraz znów miałam ją zobaczyć i myślałam tylko o tym. I znów mi się śniła. Jej oczy, jej ciepło, jej nieosiągalność.
Ten dzień był świetny. Ten dzień był jak kolorowa kartka w białym notesie. I to było jednocześnie dobre i złe. Bo już się pozbierałam, a tu nagle kolorowa kartka, szok, upicie się radością życia, jej głosem i brązem jej oczu. Ale to tylko jedna kolorowa kartka…
Problem w tym, że to nie wszystko, że to nie o to chodzi.
Biel, biel była dobra. Znajoma. Czuję zamęt. Niedefiniowalny zamęt i łaskotanie w środku. Wszystko wywrócone do góry nogami, emocje znikąd, zmiany. Jestem zbyt podatna, zbyt chwiejna, zbyt delikatna. Ulegam wszelkim podmuchom tak łatwo, jak liść na wietrze... Dlatego właśnie staram się utrzymywać siebie i moje życie na stałym, bezpiecznym poziomie.
A tu nagle - kolorowa kartka...
Nienawidzę tego, że czuję się tak, jakby światło wróciło do mojego życia. Ale to światło mnie oślepia, bo już przyzwyczaiłam się do ciemności. A przecież dobrze wiem, że lepiej żyć w spokoju, niż być szczęśliwą przez chwilę, by zaraz potem to stracić. A ja za szybko staję się szczęśliwa.
Chcę moją ciemność. Moją ciemność, która powoli stała się zwyczajną szarością. Szarość jest dobra.
Tak to jest, gdy się lata, a potem spada na ziemię i trzeba chodzić. Lepiej nawet nie próbować latania. Stare, dobre chodzenie jest dobre.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz