16 stycznia 2013

la, la bamba!

Kryzys depresyjny chyba mniej więcej minął. Musiałam się zbierać odrobinę dłużej niż po kiepskim dniu czy wtedy, kiedy najpierw wjechałam komuś w tyłek, a potem totalnie się zgubiłam, i jeździłam ciemnymi ulicami miasta, rycząc wniebogłosy, aż zabrakło mi łez. Ale wtedy zawsze następnego dnia było lepiej. A w tym przypadku – musiały minąć dwa tygodnie...
Jednak teraz zdałam sobie sprawę, że już wychodzę na prostą. Mimo sesji, zimy i wszystkiego innego. To dobrze, bardzo dobrze, bo depresja to nic fajnego, bo nie powinno jej być, a poza tym lubię cieszyć się życiem, po prostu żyć, nie myśleć: „o boże, kolejny dzień”, wstając z łóżka rano, zakrywając twarz dłońmi. Lubię jeździć samochodem po mieście, slalomem omijać dziury i śpiewać w głos, albo stać na czerwonym i jeść kanapkę, i cieszyć się po prostu życiem. Mimo tego, że jest śnieg, mróz, nie ma słońca ani zieleni.
Luz, blues i malinki. Yo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz