23 września 2013

w cieniu

Dawno temu nie mogłam się zdecydować, czy wolę melancholijną poetyckość, natchnienie, jakieś takie wewnętrzne uniesienie, czy stabilność emocjonalną i normalne życie. Teraz już wiem. Ale teraz jest już za późno.
A najbardziej na świecie chciałabym, by moje życie było kiedyś ciekawe, ekscytujące, żebym każdego dnia szła spać, nie mogąc doczekać się następnego, i wstawała, ciesząc się jak dziecko. Choć miałam tak, przez jakiś czas, przez parę chwil, niedawno, w czasie jednego z lepszych lat mojego życia.
Ale to minęło.
Cokolwiek robię, czuję w środku ten ucisk, nadchodzący falami. Lęk. Oglądam film i się boję. Uczę się i się boję. Czytam książkę i się boję. To wyczerpujące. I ciągle ten szept w mojej głowie: umrzesz, umrzesz…
A gdy raz czy dwa w życiu zdarzy się coś, czego bałaś się najbardziej na świecie, o czym myślałaś, ale mówiłaś sobie: tak nigdy się nie stanie, to przestajesz być optymistką. Albo nawet realistką. Chociaż nie: realnie i logicznie myślisz, że wszystko może się zdarzyć, i boisz się wszystkiego, co tylko może wymyślić twój umysł z nad wyraz aktywną – wtedy, kiedy nie trzeba – wyobraźnią.

2 komentarze:

  1. nie bój się, strach ma przereklamowane oczy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam ten wpis i wzbudziłaś we mnie taką chęć, by wypić z Tobą kawę, wesprzeć, porozmawiać, pokazać własny świat - bez większych lęków... Chciałabym powiedzieć Twojej wyobraźni, że nie musi wyobrażać sobie takich złych rzeczy:(

    OdpowiedzUsuń