26 sierpnia 2015
away.
Czuję jak powoli zagłębiam się coraz bardziej w mrok. Łzy
wciąż lecą, nieważne. Wzbierany w piersi szloch znajduje ujście dopiero za
zamkniętymi drzwiami, z czołem na umywalce. Zęby zostawiają głębokie ślady w
moich dłoniach, paznokcie – na nogach. Wydzieliny fizjologiczne na rękawie
bluzy. Zaraz się uduszę. Osuwam się coraz bardziej w ciemność, jak dzikie
zwierzątko szukam najciemniejszego kącika pokoju, siadam skulona na podłodze i
chowam twarz. W ciemności znajduję ukojenie. Otaczająca mnie ciemna aksamitna
powłoka… bezpieczeństwo. Inne niż w jego ramionach, w swoich własnych.
Samotność. Mówiłeś, że już zawsze będziesz przy mnie, mówiłeś. Że nigdy nie
będę sama. A teraz czuję się sama bardziej niż kiedykolwiek, z Tobą dwa metry
dalej. Uszczęśliwiasz i ranisz. Wycie psów. Otwieram oczy, wciąż ciemność.
Słyszę Twój oddech, ale jestem sama. I już zawsze będę. Ręce opadają mi po
bokach, mięśnie wiotczeją. Wszystko jedno. Nie ma bólu, nie ma nic. Nigdy nie
będzie, już na zawsze sama w tym nieprzyjaznym świecie, cierpienie, samotna
śmierć gdzieś w oddali. Więc po co zwlekać…? Niewidzialne nitki łączą mój umysł
z każdą rzeczą w pobliżu, którą mogę się zabić. Żyletka oświetlana przez
płomień świecy lśni między palcami. Czuję się oderwana od siebie, dryfująca
gdzieś w przestrzeni. Wzrok w jednym miejscu, jakby mnie nie było. Wtulam się w
jego ciepłe ramiona, ale nic nie czuję. Nie wiem czy wytrzymam do rana. Boję
się, że kiedyś zwariuję…
24 czerwca 2014
raz mnie nie ma, raz jestem
A teraz właśnie jestem.
Jest dobrze. Nie idealnie,
ale dobrze. W miarę. Wziąwszy wszystko pod uwagę. Wziąwszy pod uwagę, jak było
kiedyś. Jak mogłoby być. To jest dobrze. Żyję – nie tylko biernie istnieję,
nawet trochę żyję. Niedużo, ale troszkę. Czasem nawet czuję się w miarę stabilnie.
Ale wiem, że ta stabilność to taka ułuda; czasem nagle, bez powodu lub z
jakiegoś błahego, wali mi się wszystko na głowę. Czasem idę i nagle wpadam w
panikę, że to nie, że to nie tak, że tak nie może być. Jakbym budowała wysoką
wieżę z klocków, która się chybocze i w każdej chwili może przewrócić. Czasem
mam to uczucie głęboko, że coś jest nie tak, nie tak jak powinno. Czasem…
częściej niż czasem. Ale żyję.
Jestem samotniczką. Ludzie
mnie wkurzają, nawet ci, których kocham. A może szczególnie ci. Ci, którzy są
blisko, dlatego ja wolę być daleko. Ale wiem, że tak nie można, nie. Ci, których
kocham… choć coraz częściej zastanawiam się, czy ja potrafię kochać? Czy nie
jestem na to zbyt egoistyczna, zbyt zapatrzona w siebie? Może stąd wynikają też
moje problemy z ludźmi, z życiem – nie myślę o nich, nie potrafię współżyć ze
społeczeństwem w prawidłowy sposób… Więc się chowam. Ale jednocześnie
potrzebuję wsparcia. I zwykle nie daję nic w zamian… choć uczę się. Staram się nauczyć.
Co nie zmienia
faktu, że wszyscy niemiłosiernie mnie wkurzają. I że niemiłosiernie się ich
boję. I że czasem czuję się niemiłosiernie samotna. Szukam kogoś, by był obok
mnie. Szukam kogoś do kochania. I ranię. Potrafię tylko ranić, odrzucać, dawać
złudną nadzieję. Nic mi nie pasuje. Może tym razem się uda… Uczę się z każdym
dniem. Kiedyś wierzyłam w miłość. Teraz… teraz wierzę, że może są ludzie,
którzy się strasznie zakochują, strasznie kochają i nie mogą bez kogoś żyć. Ale
wiem, że to nie ja, nie. Ja mogę kogoś poznać, polubić, zaufać. Może zbudować
jakiś związek, może nawet fajny, może być w nim szczęśliwa i wtedy pokochać –
lub coś w tym stylu. A może nie, bo… każdy z czasem zacznie mnie niemiłosiernie
wkurzać. Zawsze w końcu ucieknę w samotność. Nawet, jeśli już nie chcę uciekać.
Nawet, jeśli chcę już być szczęśliwa – nigdy nie będę, bo zawsze znajdę sobie
coś, co jest źle. Zawsze. Więc chyba muszę zadowolić się tylko tymi chwilami
szczęścia, ucieczki od świata. Jak chwile za kierownicą, prędkość, dobra muzyka.
Jak pędzenie przed siebie na rowerze, aż będę cała spocona i zziajana. Jak
wylegiwanie się z książką do południa. Tak wiecie, zapominając o przyszłości, o
tym co trzeba, o tym co się powinno. Bo to boli. Nie wiem, jak ja mam zamiar
żyć, kiedy życie tak bardzo boli już teraz…
I nie wiem, skąd we mnie
tyle lęku. Lęk przeradza się we wrogość. Wrogość – w złość. Złość na cały
świat, który powinien być lepszy, łatwiejszy. Kiedyś nie byłam taka cyniczna,
taka zgorzkniała. Aż mi źle z tym, że jestem taka mimo młodego wieku. Czasem
tęsknię za tą dziewczynką sprzed kilku lat (kilku… kilku dobrych lat – lata lecą
ostatnio tak, że nawet tego nie zauważam…), która wierzyła w książęta na białym
koniu i wspaniałą przyszłość przed nią. Ale tak nie jest, świat taki nie jest. Powinna
być miłość, pokój, słoneczko i różowe jednorożce. A mnie tak bardzo kłuje w
oczy – brzydota, prostactwo, postawa ludzi, nasz kraj, religia, wszystko.
Wszystko mnie wkurza. Wkurza mnie, że ludzie ściągają, oszukują, kombinują. Wkurza
mnie bałagan na mojej uczelni. Wkurza mnie ktoś jadący 80 i tworzący
gigantyczny korek. Wkurza mnie moja siostra. Wkurzają mnie moi znajomi, moi
rodzice, moje życie. Wkurza mnie, że ludzie wierzą w jakichś bogów. Wkurza mnie
głupota ludzka i to, że świat jest nie taki, jaki się mówi, że jest. Że w książkach,
filmach wszystko jest piękne i fajne, albo przynajmniej wszystko dobrze się
kończy – a w życiu prawie nigdy. Dlatego się chowam.
17 kwietnia 2014
nocą
Noce mnie przerażają. Szczególnie tu, na wsi. Taka noc, gdy wszyscy
już śpią, wszędzie jest ciemno, za oknem cisza i spokój. Noc w mieście,
noc w mieście to co innego. Takie poczucie samotności - ale tej dobrej,
gdy tuż za ścianą jest jakiś ruch, jacyś ludzie. Taka niewyalienowana
samotność. Jak anonimowość w tłumie ludzi.
Najgorzej jest, gdy nocą nie śpię. Gdy nie śpię bo nie mogę lub nie chcę. Gdy budzę się w środku nocy i jest ciemno i cicho, i ogarnia mnie panika. Gdy leżę w ciemnym pomieszczeniu tak bardzo samotna i skazana tylko na siebie, i nie mogę zapaść w sen. Gdy siedzę przed monitorem, w takiej ciszy i ponurości, ciemności, niedobrości. Gdy wszystko inne znika i zostaje tylko to, co w środku. Gdy zapada kurtyna ciemności, a odsłania się wszystko inne. Wszystkie zahamowania rozpływają się w tej nicości, bo przecież tam jest ciemno a ja jestem tu, w cieple i jasności, sama, bezpieczna. Głupie pomysły, głupie myśli, głupie słowa.
A potem przychodzi dzień i rzuca światło na to wszystko. I po części czuję się jak na moralnym kacu, a po części zastanawia mnie, czy to czasem nie prawdziwa ja, taka naga, obdarta ze światła dnia...
Najgorzej jest, gdy nocą nie śpię. Gdy nie śpię bo nie mogę lub nie chcę. Gdy budzę się w środku nocy i jest ciemno i cicho, i ogarnia mnie panika. Gdy leżę w ciemnym pomieszczeniu tak bardzo samotna i skazana tylko na siebie, i nie mogę zapaść w sen. Gdy siedzę przed monitorem, w takiej ciszy i ponurości, ciemności, niedobrości. Gdy wszystko inne znika i zostaje tylko to, co w środku. Gdy zapada kurtyna ciemności, a odsłania się wszystko inne. Wszystkie zahamowania rozpływają się w tej nicości, bo przecież tam jest ciemno a ja jestem tu, w cieple i jasności, sama, bezpieczna. Głupie pomysły, głupie myśli, głupie słowa.
A potem przychodzi dzień i rzuca światło na to wszystko. I po części czuję się jak na moralnym kacu, a po części zastanawia mnie, czy to czasem nie prawdziwa ja, taka naga, obdarta ze światła dnia...
16 kwietnia 2014
chyba żyję
Jestem chodzącym chaosem. Żyję jakoś, mam dni lepsze i dni gorsze, ale żyję i to mi wystarcza. Czasem przez kilka dni mam ochotę tylko leżeć w ciemnym pokoju, nic mi nie wychodzi, nic mi się nie chce i dobija mnie każda najmniejsza rzecz. Czasem - głównie gdy jest ładna pogoda - czuję się wesoła i szczęśliwa bez powodu. Lubię te dni. Ale czasem, niezależnie od nastroju, jest we mnie taki chaos, że gotowa jestem rwać włosy z głowy. Moje skrajne niezdecydowanie, wieczne "nie wiem" i ucieczka od wszystkiego to tylko odbicie tego, co dzieje się w środku... czasem jest to nie do wytrzymania. Czasem pomaga muzyka, muzyka mocna, coraz mocniejsza. Czasem nie.
Ale czasem zaczyna się wszystko układać, w głowie i w życiu. Nie jest jak kiedyś. Trochę mniej lęku, trochę więcej pewności. Może chwilowo, a może chwilowo nie.
Czasem uderza mnie myśl o śmierci, uderza tak mocno ciosem w żołądek, zębami w mojej pięści i gwałtownym wdechem, wtłaczając adrenalinę do moich żył. Wtedy mam ochotę rzucić się w ten wir, wir życia albo śmierci - zależnie od tego, w którą stronę aktualnie przechyla się ta szala. Ale wiem, że nie chcę tak żyć - dom, stancja, uczelnia, nauka, seriale. Po co, dlaczego, co dalej? Chcę czegoś od życia, chcę odrobiny szaleństwa. Chcę coś zrobić, czemuś się poświęcić, chcę wyjść z domu, chcę przytulać się do kogoś, całować i nie myśleć co dalej. Ale nie umiem nie myśleć, nie roztrząsać, nie rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze. Rzucić się w coś, nie myśląc o konsekwencjach. Nie rozpatrując dokładnie każdej możliwości.
Poznałam kogoś. Nie jestem już naiwną nastolatką, nie potrzebuję księcia z bajki, który pojawia się na białym koniu i ma wszystkie cechy, które bym chciała, by miał. Nie potrzebuję fajerwerków, miłości od pierwszego wejrzenia. Potrzebuję kogoś. Kogoś, kto mniej więcej zrozumie, kto trochę mnie pozna, będzie trochę podobny, kto mnie rozśmieszy, w kim zobaczę coś wspaniałego, przy kim poczuję się dobrze. Kto nie ucieknie. Może przesadzam w drugą stronę, ale... potrzebuję kogoś, mam dość samotności. Potrzebuję czyichś ramion, czyichś ust, czyjegoś wzroku. Potrzebuję przez chwilę znów poczuć się żywa, a co dalej - zobaczymy. Na razie daję się powoli oswajać, na każde dwa kroki w przód robię jeden w tył, jak dzikie zwierzątko płoszące się każdym ruchem. Ale myślę, że będzie dobrze. Może jednak nie jestem skazana na wieczną samotność... a może tak. Muszę się o tym przekonać.
Słońce daje mi energię, daje mi radość i jako takie ogarnięcie życiowe. Ale boję się tej mojej zależności z pogodą, bo gdy się ona popsuje, możliwe, że stanę się znów zombie wybuchającym co chwilę złością na samą siebie za to, jak bardzo mi się to wszystko zmienia, jak bardzo chaotyczna mogę być, gdy tylko zniknie słońce...
P.S. Anonimowy - dzięki za przypomnienie mi o blogu, jakoś nie miałam motywacji, żeby tu zaglądać ;)
Ale czasem zaczyna się wszystko układać, w głowie i w życiu. Nie jest jak kiedyś. Trochę mniej lęku, trochę więcej pewności. Może chwilowo, a może chwilowo nie.
Czasem uderza mnie myśl o śmierci, uderza tak mocno ciosem w żołądek, zębami w mojej pięści i gwałtownym wdechem, wtłaczając adrenalinę do moich żył. Wtedy mam ochotę rzucić się w ten wir, wir życia albo śmierci - zależnie od tego, w którą stronę aktualnie przechyla się ta szala. Ale wiem, że nie chcę tak żyć - dom, stancja, uczelnia, nauka, seriale. Po co, dlaczego, co dalej? Chcę czegoś od życia, chcę odrobiny szaleństwa. Chcę coś zrobić, czemuś się poświęcić, chcę wyjść z domu, chcę przytulać się do kogoś, całować i nie myśleć co dalej. Ale nie umiem nie myśleć, nie roztrząsać, nie rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze. Rzucić się w coś, nie myśląc o konsekwencjach. Nie rozpatrując dokładnie każdej możliwości.
Poznałam kogoś. Nie jestem już naiwną nastolatką, nie potrzebuję księcia z bajki, który pojawia się na białym koniu i ma wszystkie cechy, które bym chciała, by miał. Nie potrzebuję fajerwerków, miłości od pierwszego wejrzenia. Potrzebuję kogoś. Kogoś, kto mniej więcej zrozumie, kto trochę mnie pozna, będzie trochę podobny, kto mnie rozśmieszy, w kim zobaczę coś wspaniałego, przy kim poczuję się dobrze. Kto nie ucieknie. Może przesadzam w drugą stronę, ale... potrzebuję kogoś, mam dość samotności. Potrzebuję czyichś ramion, czyichś ust, czyjegoś wzroku. Potrzebuję przez chwilę znów poczuć się żywa, a co dalej - zobaczymy. Na razie daję się powoli oswajać, na każde dwa kroki w przód robię jeden w tył, jak dzikie zwierzątko płoszące się każdym ruchem. Ale myślę, że będzie dobrze. Może jednak nie jestem skazana na wieczną samotność... a może tak. Muszę się o tym przekonać.
Słońce daje mi energię, daje mi radość i jako takie ogarnięcie życiowe. Ale boję się tej mojej zależności z pogodą, bo gdy się ona popsuje, możliwe, że stanę się znów zombie wybuchającym co chwilę złością na samą siebie za to, jak bardzo mi się to wszystko zmienia, jak bardzo chaotyczna mogę być, gdy tylko zniknie słońce...
P.S. Anonimowy - dzięki za przypomnienie mi o blogu, jakoś nie miałam motywacji, żeby tu zaglądać ;)
28 stycznia 2014
jestem
Znacie te dni, kiedy
nagle, jak cios w żołądek, dopadają was wszystkie najgorsze wybory, jakich
dokonaliście w życiu, wszystkie najokropniejsze momenty? Nagle, w jednej
chwili. Wraz z poczuciem, że to za dużo dla jednego człowieka. Że to nie
możliwe, żebyście byli z tym sami. Ale jesteście. Bo życie jest okrutne. Chyba
dlatego ludzie wymyślili bogów.
Życie jest okrutne, czasem
tak bardzo okrutne, że nie da się w to uwierzyć.
Nie wierzę w Boga, w
żadnych bogów. Po prostu nie umiem uwierzyć. A nawet jeśli bym wierzyła, to nie chciałabym mieć z nim(i) nic wspólnego, a na pewno nie wychwalałabym ich. Nie, gdy widzę, jaki jest świat.
Myślałam, że wierzę w harmonię. Że zło równoważy dobro, tak jak ładunki dodatnie równoważą ujemne, tak jak równoważy się cały wszechświat. I może tak jest, ale nagle dotarło do mnie, że ta harmonia jest czymś ogromnym, że w krótkim życiu jednego małego człowieczka ona nigdy nie będzie odczuwalna.
Myślałam, że wierzę w harmonię. Że zło równoważy dobro, tak jak ładunki dodatnie równoważą ujemne, tak jak równoważy się cały wszechświat. I może tak jest, ale nagle dotarło do mnie, że ta harmonia jest czymś ogromnym, że w krótkim życiu jednego małego człowieczka ona nigdy nie będzie odczuwalna.
Spotkało mnie wiele
okrutnych rzeczy, jednak nie twierdzę, że całe moje życie jest okrutne. Nie twierdzę
jednak też, że spotkała mnie ta harmonia. Wciąż szala przechyla się bardziej na
minus, gdy spojrzeć obiektywnie. A może nie, może nie umiem patrzeć
obiektywnie.
Ale fakt faktem, wiele
złych rzeczy spotyka ludzi i to nie jest sprawiedliwe. Nagle może się wszystko
zawalić, by nigdy nie wrócić do normy. Nie ma harmonii, nie dla nas.
Czasem wszystko we mnie
uderza i to za dużo. Za dużo, by nawet płakać. I boję się przyszłości, że
będzie tak samo albo gorzej. I tak bardzo boję się śmierci. I chcę mieć kogoś,
kto zrozumie, a jednocześnie chcę uciec daleko od wszystkich.
A jedyna osoba, która by
wszystko to zrozumiała, nie odzywa się. Kolejna złośliwość świata. Nikt się
zresztą nie odzywa, a ja na siłę uciekam.
Czy naprawdę kilka
miesięcy szczęścia (a może bardziej: nie cierpienia) na kilka lat to wszystko,
co mogę dostać?
***
Przepraszam, że tak zniknęłam.
Jakoś tak wyszło. Ale jestem. Może tylko na chwilę, może na dłużej. Ale teraz…
teraz po prostu musiałam napisać.
12 listopada 2013
wieczorami
Nadszedł sezon na świeczki, więc siedzę w ciemności nimi obstawiona, wdychając ten zapach kojarzący się z samotnymi wieczorami i zimą. Chyba nigdy świeczki nie będą dla mnie czymś, co stwarza romantyczny nastrój - zawsze będą tymi samotnymi wieczorami. I może to dobrze. Bo ja sama taka jestem. Nigdy nie romantyczna, zawsze samotna. Choćby z kimś, zawsze sama. Bo zawsze jest ten mur i chyba nic tego nie zmieni.
I tylko mogę uciekać z dala od wszystkich, by nie skończyło się to tak, jak kiedyś. Szczęśliwe chwile z drugą osobą, które teraz wywołują łzy. A mimo wszystko - wspomnienia czasem przychodzą ciepłe. Czasem rozwiewa się wszystko, co złe. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek będę mogła tak o nim myśleć. Nigdy nie myślałam, że jakieś dobre emocje jeszcze się przebiją przez tą wielką, grubą warstwę gówna... a jednak. Aż przez to dręczą mnie myśli - cholera, jak bardzo pojebana muszę być, że czuję momentami nawet coś w rodzaju tęsknoty za nim? Po tym wszystkim...?
Ostatnio miałam beznadziejny czas. Taki, kiedy myślałam, że już wszystko stracone. Że jedyne, co mnie czeka w przyszłości, to lekarze, szpitale. Taki, że nic nie miało sensu - bo po co się przejmować, skoro to zaraz minie? Teraz tak myślę, że każdy z nas mógłby tak powiedzieć. Ale teraz mam przynajmniej trochę więcej czasu...
Myślałam: kurczę, jak będzie dobrze, to zaszaleję, zrobię coś takiego... szalonego. Oczywiście, najbardziej szaloną rzeczą było wyjście z domu na spacer po wieczornym mieście. Krótki. Jeden raz.
Więc wciąż siedzę i bezsensownie egzystuję. Nic nie robię i tylko chyba czekam na sama nie wiem co. Ciągle na coś.
I zatapiam się w studia, notatki, zajęcia. To jedyne, co mnie trzyma przy życiu, jedyny jego sens.
Tak bardzo żałosne to jest.
I tylko mogę uciekać z dala od wszystkich, by nie skończyło się to tak, jak kiedyś. Szczęśliwe chwile z drugą osobą, które teraz wywołują łzy. A mimo wszystko - wspomnienia czasem przychodzą ciepłe. Czasem rozwiewa się wszystko, co złe. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek będę mogła tak o nim myśleć. Nigdy nie myślałam, że jakieś dobre emocje jeszcze się przebiją przez tą wielką, grubą warstwę gówna... a jednak. Aż przez to dręczą mnie myśli - cholera, jak bardzo pojebana muszę być, że czuję momentami nawet coś w rodzaju tęsknoty za nim? Po tym wszystkim...?
Ostatnio miałam beznadziejny czas. Taki, kiedy myślałam, że już wszystko stracone. Że jedyne, co mnie czeka w przyszłości, to lekarze, szpitale. Taki, że nic nie miało sensu - bo po co się przejmować, skoro to zaraz minie? Teraz tak myślę, że każdy z nas mógłby tak powiedzieć. Ale teraz mam przynajmniej trochę więcej czasu...
Myślałam: kurczę, jak będzie dobrze, to zaszaleję, zrobię coś takiego... szalonego. Oczywiście, najbardziej szaloną rzeczą było wyjście z domu na spacer po wieczornym mieście. Krótki. Jeden raz.
Więc wciąż siedzę i bezsensownie egzystuję. Nic nie robię i tylko chyba czekam na sama nie wiem co. Ciągle na coś.
I zatapiam się w studia, notatki, zajęcia. To jedyne, co mnie trzyma przy życiu, jedyny jego sens.
Tak bardzo żałosne to jest.
27 października 2013
chcę
Wieczorami kładę się do łóżka, jak najdłużej opóźniając
tę chwilę. Czuję ciśnienie w skroniach, zaczyna mnie wszystko boleć. Oczy jakoś
nie chcą się zamknąć. A gdy się zamykają, widzę pod powiekami same okropności…
Łaskocze mnie coś w środku, oblewa mnie panika. Mam ochotę wsiąść w samochód,
włączyć radio i pędzić przez noc, uciec od życia, od wszystkich problemów,
które są dużo większe, niż powinny być problemy osoby w moim wieku… i od tego, że
jestem tak samotna.
Bo jestem. Zawsze sobie mówię, że samotność jest ok, że
jestem stworzona do samotności i wiem, że to prawda, po tylu perypetiach – wiem
to. Ale czuję się samotna. Osamotniona. Czuję, że mam dość zasypiania z
maskotką mocno przytuloną do piersi zamiast z czyimś ciepłym ciałem obok. Lub chociaż
pod powiekami. Czuję, że chcę, chcę tego wszystkiego, czego nigdy nie chciałam.
Albo chciałam, ale nie potrafiłam. Czuję, że chcę, ale wiem, że nie potrafię
nadal. Może nigdy nie będę potrafić. A może będę. Nie dowiem się, jeśli nie
spróbuję… ale jak? I czy kiedykolwiek się odważę? Wiedząc, jaka jestem? I po
tym, co przeszłam? Jak to boli, gdy ktoś płacze, bo zdradził ją ktoś, z kim
była przez 4 lata… Boli nie z empatii, boli dlatego, że dla mnie ten problem
jest niczym, cholernym niczym po tym, przez co przeszłam ja. Boli, bo
chciałabym mieć taki problem… i to mnie przeraża.
I przeraża to, że budzą się pragnienia. Uśpione
pragnienia bycia żoną, może nawet matką. Pragnienia, których nigdy nie miałam lub
nie sądziłam, że będę mieć. Czasem chcę tylko mieć kogoś, by się przytulić,
wyznać wszystko i jeszcze więcej, złapać za rękę… po prostu kogoś.
Żałosne dziewczęce gadanie.
21 października 2013
strach
Żyję. Próbuję.
Cieszę się robieniem notatek, słuchaniem radia, jazdą samochodem, słońcem za oknem i towarzystwem kogoś obok. Ale jest coraz ciężej.
Bo ciągle myślę o tym, co w środku mnie, ciągle myślę o tym, że za parę dni czy tygodni wszystko może być inaczej, może być strasznie i bez sensu, więc czy cokolwiek, co robię teraz, ma jakiś sens...?
Poddaję się. Zawsze żyłam przyszłością; nie umiem żyć teraźniejszością...
Coraz częściej nie daję rady, coraz częściej wyolbrzymiam, a może wcale nie, nie dowiem się, bo mam tylko jeden zagmatwany punkt widzenia.
Wieczorem zasypiam i wyobrażam sobie, jak rano ktoś znajduje moje zimne ciało.
Czasem płaczę, ale częściej czuję tylko to coś okropnego w środku. Chyba lęk. Nie, już nie lęk. Strach, prawdziwy, paraliżujący strach.
A najbardziej na świecie, od zawsze i pewnie na zawsze, boję się śmierci. Wbijam sobie paznokcie w ciało prawie do krwi, przygryzam mocno szczoteczkę do zębów, gryzę kołdrę do bólu zębów, gdy pomyślę o tym, że kiedyś nic nie będzie... NIC.
Wszystko jest takie chwiejne.
Cieszę się robieniem notatek, słuchaniem radia, jazdą samochodem, słońcem za oknem i towarzystwem kogoś obok. Ale jest coraz ciężej.
Bo ciągle myślę o tym, co w środku mnie, ciągle myślę o tym, że za parę dni czy tygodni wszystko może być inaczej, może być strasznie i bez sensu, więc czy cokolwiek, co robię teraz, ma jakiś sens...?
Poddaję się. Zawsze żyłam przyszłością; nie umiem żyć teraźniejszością...
Coraz częściej nie daję rady, coraz częściej wyolbrzymiam, a może wcale nie, nie dowiem się, bo mam tylko jeden zagmatwany punkt widzenia.
Wieczorem zasypiam i wyobrażam sobie, jak rano ktoś znajduje moje zimne ciało.
Czasem płaczę, ale częściej czuję tylko to coś okropnego w środku. Chyba lęk. Nie, już nie lęk. Strach, prawdziwy, paraliżujący strach.
A najbardziej na świecie, od zawsze i pewnie na zawsze, boję się śmierci. Wbijam sobie paznokcie w ciało prawie do krwi, przygryzam mocno szczoteczkę do zębów, gryzę kołdrę do bólu zębów, gdy pomyślę o tym, że kiedyś nic nie będzie... NIC.
Wszystko jest takie chwiejne.
12 października 2013
nic i cokolwiek
Deszczowy dzień coś we mnie wyzwolił.
Zawsze byłam „sprzężona” z pogodą. Ale to… to przesada.
Lubię deszcz. Lubię go, ale głównie latem. Albo gdy
siedzę w suchym, ciepłym domu. Albo gdy mam samochód.
Na pewno nie stojąc na przystanku i marznąc. Smutne
twarze ludzi upchniętych w starym, skrzypiącym pojeździe, zaparowane od ich
oddechów szyby. Ukłucie zimna w palce od stóp. Komunikacyjna masakra, zimno,
mokro, źle.
Do tego parę innych rzeczy, mniej lub bardziej poważnych.
I nim się obejrzę, nie mogę powstrzymać łez, rozmawiając z mamą przez telefon –
mówię o normalnych rzeczach, a głos mi się trzęsie i nie mam pojęcia, dlaczego.
Mama kończy rozmowę szorstkim głosem, a ja nigdy w życiu nie czułam się tak
samotna.
Płakałam dwa dni mając takie myśli, że bałam się siebie.
Choć nie ufam sobie – co chwilę coś innego, a ja nie wiem, co jest prawdą. Jak
my możemy żyć, ludzie, zamknięci w swojej głowie bez krzty obiektywizmu?
Chociaż może wam jest łatwiej, może wy zasięgacie opinii innych. Ja – nie.
Jestem taka zmęczona. I ciągle mi zimno. I czasem się po
prostu wyłączam, już nie walczę, już nie próbuję normalne żyć. Tylko się
wyłączam i siedzę w autobusie, kołysząc się w jego rytm, jak na falach.
I czasem jest mi tak nierealnie. Wszystko mnie dotyka i
doprowadza do płaczu, ale to nie dotyka mnie jako mnie, to dotyka tej skorupy
mnie, bo inaczej bym zwariowała. I nic mnie nie obchodzi. I boję się poruszyć,
bo czuję wtedy, jak porusza się też coś w środku mnie, i to boli.
I wciąż zadaję sobie pytanie – dlaczego? Dlaczego patrzę
w lustro i siebie nie poznaję, te smutne oczy… Dlaczego? Przecież było dobrze.
Było mi dobrze… było mi nijako. Więc dlaczego nagle znajduję się na samym dnie
piekła?
Czasem myślę, że powinnam umrzeć. Zabić się. Mam okresy
depresyjne i dobre, w tych dobrych czasem mam racjonalną świadomość, że może nie
powinnam żyć, tylko po prostu rozpaczliwie i wesoło chcę, a w tych
depresyjnych… cóż, też chcę, ale jakoś mniej. Łatwiej by było z tego
zrezygnować… co nie zmienia faktu, że nigdy tego nie zrobię. Nigdy. Bo jestem
człowiekiem i nie rządzi mną umysł, a emocje, uczucia. A nade wszystko –
strach. Bo jesteśmy zwierzętami i robimy wszystko, by przetrwać. Szczególnie
my, „obdarzeni” świadomością, boimy się śmierci.
Poza tym, tyle gówna przeszłam w życiu, że
głupotą byłoby teraz się poddać. Zresztą… istnienie jest darem, jest wspaniałe.
To, że mogę być i… po prostu być, samo to. Bo mogłoby nie być nic. Nic jest sto
razy gorsze niż coś, cokolwiek (chyba nie jest ze mną jeszcze tak źle, skoro
tak myślę). Poza tym wszystkim – nie wierzę w życie pozagrobowe, choć czasem
bym chciała, bo tak by było łatwiej żyć. Ale zmierzam do tego, że… całkowita
pustka jest dużo bardziej przerażająca niż cokolwiek innego.
A gdy gorszy okres minie – a minie, zawsze mija – to
cokolwiek innego przyniesie mi radość, choćby chwilową.
9 października 2013
jednak nie
Czasem cieszę się z życia samym życiem – gdy siedzę i
robię notatki z 5-kilogramowej książki, pisząc z kimś i słuchając cicho
grającego radia. Albo gdy napotykam wzrok nieznajomej osoby w tramwaju i, co do
mnie niepodobne, uśmiecham się, a ona odwzajemnia uśmiech. Albo gdy idę na
przystanek i, jak to zwykle mam, gdy idę anonimowa pośród tłumu ludzi, czuję
się tak… nie wiem, tak bardzo sobą. I cieszę się. Tak po prostu.
A potem nagle czuję, że coś się stanie. Zaraz, za parę
dni czy miesięcy – ale stanie się coś bardzo złego.
A potem przypominam sobie, ile rzeczy jest nie tak w moim
życiu. Gdyby nie te kilka rzeczy… kilka cholernie ogromnych rzeczy… to umiałabym
się nim cieszyć. Tak bez powodu. Tak po prostu.
Ale nie umiem. Więc dobija mnie każda drobnostka, dobija
mnie codzienność, dobijają mnie myśli i dobijam siebie sama.
Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu wsiądę do Samochodzika,
odpalę silnik, włączę jakąś mocną muzykę i wcisnę pedał gazu. Już niedługo.
Może.
Choć pewnie nie.
7 października 2013
czasem
Czasem uderza mnie to, że – już poza tym całym gównem w
moim życiu – po prostu sobie w nim nie radzę. Nie radzę sobie z niczym, ze
zwyczajnymi rzeczami. I nie mam siły, po prostu nie mam siły.
I czasem na chwilę przestaję być sobą, nie wiem, czy
jestem małym dzieckiem, 20-latką czy doświadczoną przez życie staruszką.
I czasem na moment mój mózg się wyłącza, robię wszystko
automatycznie; niezmiernie głośno słyszę własne kroki, a każdy ruch jest tak
wyraźny, jakby najpierw – ale gdzieś w oddali – pojawiała się myśl o ruszeniu,
a potem dopiero sam ruch.
I czasem siedzę wieczorem przy biurku i nagle uderza mnie
uczucie, że coś jest nie tak, że nie jestem sobą, że mnie nie ma.
A czasem mam wrażenie, że nie ma całego świata…
5 października 2013
chaotycznie
Mam chore ciało, chore autko i permanentnie chorą duszę. Przez
większość czasu tylko tłumię łzy. Niepewność mnie zabija.
A czas to przecież tylko kolejny wymiar. To co będzie,
już było. To co było, dopiero będzie. Już dawno wszyscy umarliśmy. Wszystko jest względne. Chaotyczne. Inscrutable i abstruse.
A może w każdym kwarku jest osobny wszechświat, myślę,
patrząc na przemykającą za oknem szynę.
Stojąc z obojętną miną, próbując wytworzyć odpychające
pole magnetyczne, gdy ludzie włażą w moją – tak szeroką – strefę osobistą. Zgarbiona,
bezwładna. Martwe oczy – a wewnątrz krzyk. Przekleństwa, jak zdarza mi się
tylko w aucie. Frustracja zaczynająca się w dłoni i rozchodząca na całe ciało,
jak przeszywający ból nerwu od czubka palca, przez tułów aż do szyi.
Bakterie wszędzie bakterie zjedzą mnie zjedzą mnie zjedzą
a potem umrę i zjedzą mnie jeszcze bardziej.
3 października 2013
zmiany i początki
Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale… tęsknię za zimą.
Może nie tęsknię, ale nie pogniewam się, gdy spadnie śnieg. Brakuje mi tego.
Wszędzie zimno, wszędzie biało. Nieskomplikowana biel i nic więcej. Mróz, który
rozjaśnia umysł i świat. Wszystko jest jasne i czyste. Uporządkowane. A to
przekłada się na mnie i na mój umysł. W tym roku złapałam doła, gdy przyszła
wiosna. Dziwne, ale… na swój sposób logiczne. Poza tym, wiosna nie była
dopasowana do mojego stanu umysłu, ten dysonans mnie męczył. Cholera, chyba
każda zmiana mnie męczy, nawet zmiana pór roku…
Ale zmiana domu na stancję, jak na mnie, przebiegła
całkiem sprawnie. Właściwie poczułam się trochę, jakbym wróciła do dawno nie
odwiedzanego domu…
I zajęcia. Nie są może tak fajne jak w zeszłym roku no i
dużo więcej trzeba latać po mieście, ale przynajmniej jest ich dużo. Nie mam
czasu myśleć – i dobrze. W nocy przeważnie śpię, bo jestem zbyt padnięta. To
dobrze, bardzo dobrze.
A śnieg niech spada jednak dopiero, gdy Samochodzik wróci
od mechanika, bo komunikacją miejską to mam dojazd wprost masakryczny.
30 września 2013
jestem?
Wszystkich ranię. Wszystkich ranię, dla wszystkich
jestem ciężarem. Praktycznie dla każdego, kto pojawił się w moim życiu, jak tak
teraz myślę. Może dlatego odrzucam ludzi. Nie, chciałabym tak myśleć. Ale
odrzucam ich, bo albo się boję, albo mnie wkurzają, albo i jedno i drugie. I
jestem samotna, i dobrze mi z tym. Tylko czasem chciałabym, żeby ktoś mnie
złapał za rękę. A może mi się tylko tak wydaje.
Czasem sobie myślę, że lepiej by było umrzeć, bo i tak
nic nie wnoszę do tego świata, a do życia innych ludzi – tylko złe rzeczy. A
najbardziej ranię siebie samą. Dlatego… może lepiej byłoby umrzeć.
Mówię sobie, że nic mi nie jest, bo nie mam prawdziwej depresji,
znam różnicę, i przecież nigdy się nie zabiję, wiem to, boję się śmierci i nie
chcę umierać, a przede wszystkim – bałabym się cokolwiek sobie zrobić. Poza tym
świat jest piękny – tylko czasem nie umiem tego dostrzec. Ale czy nie jest
niepokojące samo to, że o tym myślę? Że czasem wyobrażam sobie, jak zjeżdżam na
przeciwległy pas jezdni wprost pod rozpędzonego TIRa? Że będąc pod prysznicem widzę
oczami wyobraźni, jak wraz z wodą spływa moja krew? Że czasem wodzę palcem po
nadgarstku z dobrze widocznymi liniami żył i myślę sobie: wystarczy jedno
cięcie…?
Życie jest nie do wytrzymania na trzeźwo; mam wielką
ochotę naćpać się serotoniną. Ale póki co, pozostaje mi chlanie litrami
podwójnej melisy. Nie żeby to coś dawało.
28 września 2013
powrót
Niedługo powrót na studia. Jednocześnie mnie to przeraża,
smuci i cieszy.
Przeraża mnie wizja wiecznego załatwiania różnych rzeczy,
zaliczania, biegania. Ale głównie przeraża mnie znów życie na własny rachunek.
Lubię takie życie, ale dopiero, gdy się przyzwyczaję. Po tak długim czasie w
domu… może być ciężko. Poza tym, mimo wszystko, jakiś niepokojący jest cichy
pokój bez wkurzającej muzyki siostry zza ściany czy okropnego wycia odkurzacza
z dołu.
Smuci mnie to, że znów będę miała mało czasu na wszystko.
Zajęcia, zakupy, gotowanie, jeden odcinek serialu do obiadu – i już jest
wieczór. Przez wakacje zaprzyjaźniłam się ponownie z językami, wpadłam po uszy
w miłość do rosyjskiego – nie wiem, czy mój i tak już słomiany zapał nie
upadnie, gdy będę miała tylko wieczory i zmęczony umysł. Poza tym… koniec
budzenia się o 9 czy 10 i wylegiwania się z książką w łóżku, słuchając
chrapania psów śpiących w moim pokoju.
Ale mimo wszystko, cieszy mnie powrót na moją Alma Mater.
Wciąż nie wiem, czy mój kierunek jest tym, w czym widziałabym siebie w
przyszłości. Ale zajęcia są w większości bardzo ciekawe. I trochę już tęsknię
za notowaniem na wykładach, białym fartuchem, badaniem śliny lub upijaniem się
oparami etanolu…
26 września 2013
na drodze umieram z rozkoszy
Przez ostatnie parę dni moje życie jest wyznaczane przez
kierownicę w dłoniach, kluczyk w stacyjce, szum opon na asfalcie i nadal, po
tylu tysiącach przejechanych kilometrów, ten dreszczyk emocji wywołany przez
drogę przede mną, drzewa po bokach, zakręty, pomruk silnika, zapach paliwa na
dłoniach.
Czujność, ale swoboda. Poczucie kontroli i zaufanie samej
sobie – nigdy nie sądziłam, że to pierwsze mi się spodoba, a to drugie będzie
możliwe…
A w samochodzie wszystko wydaje się takie uporządkowane,
takie na swoim miejscu. Więc i łatwiej uporządkować myśli. Albo po prostu
jechać, interioryzując to, co za szybami. Albo dać upust emocjom, uwalniając
trochę adrenaliny.
Tak bardzo kocham tłoczne, szerokie krajowe drogi, na
których nie lubię być sama, oraz te wąskie, dziurawe i cholernie kręte,
powiatowe, obrośnięte drzewami i bez narysowanych linii, gdzie lubię samotność,
gdzie lubię jechać środkiem drogi i ścinać zakręty całą jej szerokością. Czuję
się wtedy jak królowa drogi i nie lubię z nikim tego dzielić…
Tak mało trzeba. Tak mało zwyczajnych rzeczy, żeby poczuć
życie. Wystarczy trochę czasu za kierownicą, wystarczy zwyczajny powiew wiatru
na szyi, wystarczy uczucie zimna, wystarczy dreszcz, gdy pociąg wjeżdża na tor,
przywożąc ze sobą głośny pisk hamulców i charakterystyczny zapach, wystarczy
łyk herbaty po męczącym dniu. Wystarczą małe rzeczy – bo gdy zdasz sobie
sprawę, ze mogłoby ich nie być, to czujesz się… może nie szczęśliwa, ale naprawdę
żywa.
Tylko potem kładę się wieczorem do łóżka i zasypiam, a zasypiając,
budzę się gwałtownie z przerażeniem, bo zapadając się stopniowo w sen czuję
się, jakbym powoli znikała…
24 września 2013
„noc jest ciemna i pełna strachów”
Jest zimno. Wszędzie i zawsze. Mam zimne ręce. Mam zimne
stopy. Wiecznie wstrząsają mną dreszcze. Dwie pary skarpet, dwie bluzy, koc, a
i tak jest mi zimno nawet w jelita, w wątrobę, w serce. Zimno mi w mózg. Byłoby
mi zimno w duszę, gdybym ją miała. Myślę, że łatwiej byłoby mi wytrzymać bez
jedzenia, niż we wiecznym zimnie. Najgorsza tortura na świecie – zimno.
A mi jest wiecznie zimno.
I ostatnio czuję się wiecznie chora. I może jestem.
Leżę w łóżku do 4 w nocy, czytając Kinga – zaprawdę
genialna lektura na pełne lęku noce… Jestem zmęczona, ale boję się zasnąć, więc
leżę i czytam w nadziei, że zmęczę się tak bardzo, że przestanę się bać. Ale
jestem coraz mniej śpiąca, coraz bardziej zmęczona, a lęk wciąż narasta.
Serce wybija jakiś tylko jemu znany, dziwaczny rytm, może
zaraz się zatrzyma. Może czeka tylko, bym zasnęła…
Rano wstaję, bolą mnie oczy, drżą mięśnie, chce mi się
płakać, a pod oczami mam zmarszczki jak 60-latka.
Najchętniej przetrwałabym ciemną, straszną noc, skulona
pod kocem z szeroko otwartymi oczami, opierając się lękowi. Położyłabym się o
szóstej rano i spała o przyjaznej porze dnia, gdy nic nie mogłoby zaatakować w
ciemności mojego leżącego bezradnie, bezbronnego ciała. Ale świat nie jest tak
skonstruowany – czego nie rozumiem. Noc, najniebezpieczniejsza pora, i my mamy
spać…?
Boję się to już za słabe słowa. Boję się to już za mało.
23 września 2013
w cieniu
Dawno temu nie mogłam się zdecydować, czy wolę
melancholijną poetyckość, natchnienie, jakieś takie wewnętrzne uniesienie, czy
stabilność emocjonalną i normalne życie. Teraz już wiem. Ale teraz jest już za
późno.
A najbardziej na świecie chciałabym, by moje życie było
kiedyś ciekawe, ekscytujące, żebym każdego dnia szła spać, nie mogąc doczekać
się następnego, i wstawała, ciesząc się jak dziecko. Choć miałam tak,
przez jakiś czas, przez parę chwil, niedawno, w czasie jednego z lepszych lat
mojego życia.
Ale to minęło.
Cokolwiek robię, czuję w środku ten ucisk, nadchodzący
falami. Lęk. Oglądam film i się boję. Uczę się i się boję. Czytam książkę i się
boję. To wyczerpujące. I ciągle ten szept w mojej głowie: umrzesz, umrzesz…
A gdy raz czy dwa w życiu zdarzy się coś, czego bałaś się
najbardziej na świecie, o czym myślałaś, ale mówiłaś sobie: tak nigdy się nie
stanie, to przestajesz być optymistką. Albo nawet realistką. Chociaż nie: realnie
i logicznie myślisz, że wszystko może się zdarzyć, i boisz się wszystkiego, co
tylko może wymyślić twój umysł z nad wyraz aktywną – wtedy, kiedy nie trzeba – wyobraźnią.
21 września 2013
rozdziobią nas
Nie myślę o przeszłości. Nie wspominam miniętych bólów,
cierpień, rozczarowań. Rozczarowanie… jakie to łagodne słowo. Aż chce mi się
śmiać. Chciałabym powiedzieć, że osoba, której ufałam prawie najbardziej na
świecie, zawiodła moje zaufanie – bo to jest tak mało, zawieść zaufanie…
Zamykane drzwi, śmiech dzieci za oknem, uścisk silnych palców
na nadgarstkach, słowa, słowa moje, a jednak nie moje, i oczy, oczy tak
znajome, ale tak obce.
Czasem to wraca, wraca jakąś piosenką, jakimś dźwiękiem,
wspomnieniem, myślą, uczuciem. I znów przez chwilę rozsypuję się w środku. Tak
jak kiedyś się rozsypałam, tak jak kiedyś nie było mnie ponad rok. Nie wiem,
jakim cudem jeszcze istnieję. I żyję w normalnym świecie.
Zapomniałam i cieszę się z tego, ale trochę mnie to
przeraża. Bo to wszystko naprawdę się zdarzyło. I może to jeszcze nie koniec.
To nigdy nie jest koniec.
Wspomnienia lubią atakować bez sensu w najdziwniejszych
momentach. A ja mam 20 lat i żadnych czysto dobrych wspomnień. Żadnych
radosnych. Żadnych szczęśliwych. Same złe i same zbrukane.
Dlatego lubię metal. Pozwala zagłuszyć myśli gdy myślę,
że zaraz wybuchnę.
20 września 2013
tryb awaryjny
I znów jest wiecznie zimno i ciemno.
Z każdej strony coś mnie gryzie, coś mnie boli, coś
łaskocze mój mózg i szepcze: nie dasz rady, nie dasz rady…
A w nocy ciemność zaciera kontury mnie.
Nie czuję się sobą, nie wiem kim jestem i przeraża mnie
to. Siedzę bez ruchu, bo gdy się poruszę – mam wrażenie, że mogę zaraz zniknąć.
Moim ciałem wstrząsają dreszcze, spazmy tak silne, że od zaciskania szczęki
boli mnie skroń.
Wiem, że zaraz coś się stanie.
Czekam na nieuniknione, tak się boję. Używamy słów: boję
się, ale większość z nas nie wie, jak ogromne rozmiary może przybierać to
uczucie. Większość z nas nie wie, czym jest prawdziwy lęk.
Coś mdłymi falami wzbiera w moich żebrach, w moim gardle.
W bezpiecznych czterech ścianach – ale jestem jak zwierzę,
żadnych myśli, żadnego rozumu; próbuję znaleźć choć jedną logiczną myśl, ale
czuję, jak mój rozsądek chowa się gdzieś w bezpiecznym miejscu, ucieka przez
tsunami w mojej głowie, w moim ciele.
Jestem uruchomiona w trybie awaryjnym.
Tylko instynkty, a właściwie tylko jeden – UCIEC.
Tylko dokąd? Dokąd ucieka się przed samą sobą?
Subskrybuj:
Posty (Atom)